Piątkowy frustrat

3 listopada 2009, 0:57 am

Zacznę od banału. Najpierw jednak dodam, że poprzednia notka była moim zdaniem chujowa. Za dużo chyba wtedy wypiłem i z tego co chciałem napisać wyszedł jakiś bełkot. No nic, następnym razem spróbuję to napisać bardziej zwięźle i wrzucę do jakiegoś działu, którego i tak nikt nigdy nie będzie czytał. Tymczasem dzisiejsza dawka przemyśleń będzie trochę w polskim stylu, bo mam zamiar ponarzekać. Napiszę o czymś, co wielu z Was spotyka pewnie na co dzień w swoim nastoletnim i jakże-już-dorosłym życiu, ale mnie to czasami się wyjątkowo naprzykrza. Tak jak w piątkowe popołudnie.

Otóż wracałem właśnie z obiadu od babci po trochę ciężkim dniu w robocie. Jak na końcówkę października całkiem nieźle pizgało, nie miałem zamiaru marznąć na przystanku gdzieś na Gaju w oczekiwaniu na mój autobus. Poza tym byłem umówiony i choćby autobus gnał z prędkością światła, to i tak nie zdążyłbym spotkać się o ustalonej godzinie zahaczając wcześniej o dom. Wychodząc zza rogu zobaczyłem podjeżdżający autobus, to doginam ile sił w nogach i już dobiegłem do pierwszych drzwi, a ten !@#$ kierowca zamknął je przede mną. W podskokach dotarłem do następnych, a te jak w dominie zamknęły się chwilę po pierwszych… “Ja pierdolę” wycedziłem przez zęby i klapnąłem sobie na przystanku czekając na jakiś kolejny środek pieprzonej komunikacji miejskiej. Czy ci niedorozwinięci kierowcy myślą, że jak zamkną drzwi kolesiowi w kapturze, to im w domu żona zupy nie przesoli? Może chcą dorównać swoim skurwysyństwem do poziomu kanarów? Załamka.

Druga akcja, już na ławce. Siedzę sobie i słucham dobrego rapu, podbija jakaś naprawdę fajna dziewczyna. “Przepraszam, czy jechał już autobus sto cztrr rerere ść ?” - zdjąłem słuchawki - “Słucham?” - i w tym czasie wtrącił się jakiś cuchnący naftaliną moher siedzący po mojej lewicy - “Jechał, jechał… jechało!”, a laska tak się spłoszyła że poszła gdzieś dalej. Dziękuję bardzo droga babciu (przystanek jest obok kościoła, pewnie wracała z mszy), że mnie wyręczyłaś w tej jakże ciekawie zapowiadającej się rozmowie.

Jakby tego było mało, to w autobusie, który w końcu kiedyś przyjechał, rozładował mi się odtwarzacz i musiałem słuchać tych głupot, których zawsze słucha się jadąc tramwajem lub busem. Ale to temat na inną notkę, kiedyś na pewno to wykorzystam. Na szczęście wieczór tego dnia w Bezsenności zaliczam do wyjątkowo udanych, zmęczenie i frustracja zniknęła razem z pierwszą kawą, a potem było już tylko piwo za piwem ;p

ps. tak teraz czytam notkę i tytuł “konflikt pokoleń” kompletnie mi nie pasuje. dlatego zmieniam na bardziej trafny.

Dodaj odpowiedz